Sobota, 1 kwietnia, należał według mnie do do tych wyjątkowych dni w mojej karierze podróżnika. Dlaczego? Lubin, bo o ponymeecie w tym mieście, był do tej pory nieosiągalny, mimo że znałem Smoka już jakiś czas. Pomysł na meeta narodził się już w marcu, w czasie naszej delegacji na konwent “Bykon”. Potem napisałem do niego w tej sprawie. Mimo początkowej niechęci spowodowanej grafikiem z pracy, udało się ustalić datę, ktòra wbrew powszechnemu stereotypowi nie była żartem.
Na meeta przygotowałem się już wcześniej, bowiem nie wiedziałem co zabrać na pierwszy meet. Przygotowałem pełny ekwipunek i wyszedłem z domu do pracy na nocną zmianę(o ostatnim wyjeździe z Maxpolem dowiecie się w poprzednim wpisie).
Po powrocie odświeżyłem się i dopakowałem ostatnie rzeczy. Z domu wyszedłem o godz. 6.15. Autobus linii “11” odjechał o czasie. Na miejscu byłem o godzinie 6.40.
Autobus PKS relacji Kamienna Gòra-Zielona Góra ruszył o czasie o godz. 7.22. Po drodze moją uwagę zwròcił kierowca autobusu, który dosyć ostro zrugał w Strzegomiu nastolatka za brak ważnej legitymacji.
Na miejscu w Lubinie byłem planowo o godzinie 9:27. Na miejscu czekał Artur. Ruszyliśmy razem w stronę restauracji McDonald's nieopodal Alei KEN. Droga była trudna ze względu na nieoczekiwany tego dnia upał. Musieliśmy dodatkowo kierować się mapami Google. Screen opublikowany przez Smoka na grupie wrocławskiej niewiele nam pomògł. Po drodze mijaliśmy m.in skwer im. Wyżykowskiego i pokonaliśmy kładkę nad wyżej wspomnianą aleją KEN. Udało się na szczęście dotrzeć na miejsce. Pojawiliśmy się jako pierwsi. Zamòwiłem mòj standardowy zestaw śniadaniowy, a potem poszedłem za potrzebą. W toalecie zadzwonił do mnie smoku w celu potwierdzenia przybycia. Po powrocie czekały na mnie dwa tosty i kawa. Po skonsumowaniu śniadania wyjąłem laptopa i zacząłem pisać mòj poprzedni wpis. Po niezamierzone przeze mnie czasie pojawił się Smoku. W “Macu” siedzieliśmy do ok. 11, potem ruszyliśmy w drogę. Gdzie? Dowiedzieliśmy się na miejscu.
Wizyta w “Parku Wrocławskim” Który jednocześnie pełnił funkcję parku miejskiego, mini zoo, centrum kulturalnego i przyrodniczego, stanowiła kolejny punkt programu. Tam skontaktowali się z nami i dołączyli pozostali uczestnicy meeta. Zaczęliśmy od mini-zoo. Zwiedzaliśmy m. in. sowy, pawie, cygnusy, jastrzębie, kucyki, osły. Naszym kolejnym punktem były Posągi Dinozaurów w skali 1:1. Były tam takie klasyki jak Tyranozaur, Diplodok, Triceratops, czy Parazaurolof.
Naszym następnym przystankiem była kawiarnia. Tam Smoku wyciągnął gwinta i chłopaki zaczęli grać. Ja niestety nie zdążyłem, bo czas nas gonił. Naszym następnym przystankiem było KFC. Tam zjedliśmy zakupione zestawy. Nadszedł czas powrotu. Wròciliśmy do dworca PKS autobusem linii miejskiej nr. “7”. Na przystanku dowiedziałem się, że komunikacja miejska w Lubinie jest darmowa. Przystanek pròcz rozkładu jazdy, posiadał ròwnież wyświetlacz z najbliższymi odjazdami, ktòry wyświetlał ròwniez temperaturę. Tego dnia był upał - +32°C w Słońcu!!!
W pierwszej kolejności odprowadziliśmy Artura na przystanek przy alei. Niepodległości, następnie mnie na Dworzec PKS, przy okazji zrobiliśmy małe zakupy. Po kròtkim pożegnaniu że Smokiem wsiadłem do pojazdu i kupiłem bilet. Autobus planowo odjechał w Kierunku Legnicy i Kamiennej Gòry. Po drodze nawiązała się miła rozmowa z Kierowcą, którego negatywnie oceniłem ze względu na jego wcześniejsze zajście. Opowiedział mi kilka anegdot ze swojej pracy. Niestety rozmowa jakoś dziwnie urwała się za Legnica. Skorzystałem z tej ciszy i zdrzemnąłem się między Jaworem a Strzegomiem. Do Wałbrzycha przybyłem lekko spóźniony, ale przy tej ilości skrzyżowań i świateł było to dla mnie do przewidzenia. W domu byłem około 19, potem szybko zasnąłem zmęczony, w końcu byłem na nogach 48 godzin.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz