W ubiegłą niedzielę wybrałem się do miejsca, w ktòrym ostatnio byłem będąc małym dzieckiem na wycieczce w podstawòwce.
W palmiarni byłem po raz drugi w życiu, a o odwiedzeniu jej zdecydował post o kwitnącej Agawie Amerykańskiej.
Wyruszyliśmy spod domu mojej dziewczyny autobusem linii nr. 8 o godz. 15.45. Po zakupieniu biletów udaliśmy się aleją na wprost, następnie skręcając w prawo, a potem lewo dotarliśmy do Głównego wejścia. P.an ochroniarz na wejściu sprawdził nam bilety. Później weszliśmy do głównego budynku, który był największy, następnie ruszyliśmy zgodnie z kierunkiem zwiedzania. Po drodzę mijaliśmy najpierw różne rośliny kwiatowe. Po pierwszym skręcie w prawo widzieliśmy zagrodę wspólną, w której mieszkały kury i...pawie. Szczerze mówiąc zaskoczył mnie taki widok, bo z mojej wędrówki nie pamiętam żadnych zwierząt w palmiarni. Następnie skierowaliśmy się do alejki z cytrusami. Były tam Drzewka Cytrynowe, Pomarańcze, Granaty, Mandarynki. Niektóre były z widocznymi owocami. następna alejka była pełna Kaktusów, Aloesów i Agaw z królową Agawą Amerykańska. Była to potężna roślina, która kwitnie tylko raz w życiu po ok. 40 latach, po czym obumiera. W następnej alejce było wejście do szklarni z miniaturowymi Drzewkami Bonsai. Wyglądały jak ich potężne siostry, tylko w miniaturce 1:20 a nawet czasem mniejsze. Widziałem m. in. Małego Buka, Sosne czy Klona.
W następnej szklarni był sklep z sadzonkami. Można było tam kupić różnorakie ozdobne rośliny. Sam zastanawiałem się czy nie kupić jakiejś rośliny, jednak stwierdziłem, że nie będę mieć czasu na jej podlewanie i dałem sobie spokój. W ostatniej alejce usiedliśmy i zastanawialiśmy się co dalej, bo samo zwiedzanie palmiarni zajęło nam około 40 minut. Postanowiliśmy korzystając z wolnego czasu wybrać się jeszcze do zamku Książ.
Po sprawdzeniu rozkładu okazało się, że do najbliższego autobusu mamy 20 minut, co oznaczało, że mamy czas “zahaczyć” do sklepu, znaczy ja chciałem do sklepu, bo był tego dnia również upał i kupić mojego ulubionego Liptona Ice Tea. Po krótkich zakupach udaliśmy się na przystanek. Autobus odjechał planowo o 17:18, jadąc w kierunku Książa wykonując kryterium kieszeniowe przez dzielnicę Lubiechów. Po drodze sprawdzaliśmy, czy nie trafimy jakiegoś pociągu jadącego po linii 274, ktòra biegła obok wyżej wspomnianej dzielnicy. Znalazłem nawet fajne miejsce gdzie można usiąść z piknikiem i obejrzeć pociągi. Przy dotarciu na pętlę przy ul. Jeździeckiej, zauważyłem, że autobus zawsze najeżdża na wysepkę usytuowaną na środku pętli. Jest to spowodowane parkującymi samochodami, które wymuszają na kierowcy autobusu ciaśniejszy skręt i najeżdżanie na wysepkę.
Po opuszczeniu autobusu udaliśmy się ścieżką w kierunku zamku, i idąc schodami do góry znaleźliśmy się na placyku przed budynkiem bramnym do zamku, przy którym kiedyś zawracały autobusy przed przelokowaniem przystanku końcowego linii nr. 8 i sezonowego autobusu PK.
Naszym pierwszym przystankiem był antykwariat i sklep z pamiątkami. Kupiłem tam książkę o legendach wrocławskich i dolnośląskich, potem udaliśmy się do kas.
Zakupiliśmy bilety bez przewodnika, co dało nam swobodę. Naszym pierwszym eksponatami było popiersie jednego z pierwszych Hochbergów rezydującego na zamku. Następnie piętro wyżej był pokój z historia małżeństw Jana Henryka XV Hochberga z Daisy i Klotyldą. Na ścianie wisiał portret jego drugiej żony. Później odwiedziliśmy salon. Na kolejnym piętrze były wystawy ówczesnych przedmiotów, zegarków, fajek itp. Bardzo spodobała mi się fajka w kształcie siedzącego człowieka.
Zeszliśmy piętro niżej. Tam były pokoje Daisy przerobione na wystawę niedawno opublikowanych zdjęć kucharza i fotografa Hochbergów Luisa Hardouina. Zdjęcia przedstawiały Rodzinę Hochbergów: Daisy i Henryka, jego drugą żonę Klotylde, Dzieci Daisy i Henryka: Hansela, Lexela i Bolka, Rodzinę Louisa Hardouina, służbę podczas codziennych czynności, czasem przyjaciół w czasie odwiedzin. Pomiędzy zdjęciami widniały cytaty Daisy nt. pór roku.
Zeszliśmy piętro niżej. Widzieliśmy m.in salon Chiński, Salon Włoski, Salon gier, później wystawę nt obozów koncentracyjnych na terenie Dolnego Śląska, Lubuskiego i Czech, widzieliśmy kominek, i nasza wycieczka skończyła się na Tarasie. Tam wdałem się w miłą rozmowę z ochroniarzem. Odebrałem plecak z szatni. Niestety powrotny autobus był za godzinę. Spędziliśmy ten czas na ławeczce przed zamkiem.
Powrót nastąpił bez przygód. Wkrótce napiszę wam jak wyglądał mój pierwszy wyjazd do pracy z nowym przewoźnikiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz